Mazury Tour 2013 - 1000 km drogami i duktami Warmii i Mazur
  Mazury Tour 2013 zakończyło się 2013-04-281020 km
SALOMONRegionalna Dyrekcja Lasów PaństwowychRegionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w OlsztynieRegionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w BiałymstokuLasy Państwowe
DOTFILMS.PLSALOMONSklep biegaczaGARMINCOMPRESSPORTGJG GroupVITARGOFORMEDPLUS
Strona główna Wieści z trasy Mazury Tour 2013 Trasa biegu Sylwetka biegnącego Galeria
Mazury Tour 2013

Bliżej słońca, bliżej gwiazd…

2017-04-18 / wyświetleń - 483

Słynny stadion piłkarski Camp Nou i chyba nie mniej znany kościół Sagrada Familia, wieża Torre Agbar i Łuk Triumfalny, a poza tym jeszcze Casa Mila i La Pedrera – architektoniczne cuda Antonio Gaudiego, port i wioska olimpijska oraz dwa wspaniałe place – Placa d’Espanya oraz Placa Catalunya. Te i jeszcze parę innych, turystycznych atrakcji tego przepięknego miasta miałem zobaczyć na trasie mojego pierwszego w tym roku maratonu.

 

   Barcelona, bo o niej właśnie mowa, na mojej liście maratońskich życzeń znajdowała się od dawna. Niestety, jakoś się nigdy nie składało, aby tam właśnie pobiec. Najczęściej dlatego, że barceloński maraton jest jednym z pierwszych biegów europejskiego sezonu, rozgrywanym rokrocznie w pierwszej połowie marca, kiedy u nas panuje jeszcze przenikliwe zimno i dokuczliwie wieje, a ja zazwyczaj nie byłem jeszcze odpowiednio przygotowany do biegania maratonu. To było po prostu dla mnie na ogół za wcześnie, gdyż w marcu zwykle, jak większość naszych biegaczy dopiero wychodziłem z zimowego okresu treningowego. Wprawdzie ciepłą czapkę i rękawiczki coraz częściej zdejmowałem, ale o bieganiu w krótkich spodenkach i „na krótki rękaw” nie było jeszcze mowy. Tym razem się jednak uparłem i maratońskie przygotowania rozpocząłem odpowiednio wcześniej. W rezultacie na początku marca bieżącego roku wylądowałem w Barcelonie.

Barcelona - start

Miasto urzekło mnie od pierwszego wejrzenia. Wprawdzie byłem tutaj ponad dwadzieścia lat temu, ale niewiele z tamtej wizyty pamiętam, z wyjątkiem budowanego wtedy od kilkudziesięciu lat kościoła Sagrada Familia według projektu genialnego architekta Antonio Gaudiego oraz braku przy nabrzeżu statku Krzysztofa Kolumba, który bardzo chciałem zobaczyć lecz nie było mi to dane, bowiem statek zabrano wówczas do renowacji w związku z letnimi igrzyskami olimpijskimi, jakie miały się odbyć w Barcelonie rok później (1992). Oglądałem potem te igrzyska w telewizji i nieźle zapamiętałem, głównie za sprawą srebrnego medalu polskich piłkarzy, którzy grali wówczas doskonale przegrywając dopiero w finale po zaciętym meczu z Hiszpanią, czyli gospodarzami igrzysk. Drugim wydarzeniem, jakie z tych igrzysk utkwiło mi w pamięci to pierwszy w historii występ na igrzyskach olimpijskich amerykańskiego Dreamteamu złożonego z gwiazd koszykarskiej ligi NBA (m.in. Michaela Jordana). Teraz, w roku mojej ponownej wizyty w Barcelonie, miasto obchodzi właśnie 25-lecie pamiętnych igrzysk olimpijskich, a tegoroczny maraton miał być jedną z pierwszych okazji do uświetnienia tych obchodów. Z mojej pierwszej wizyty kojarzyłem również górujące nad miastem wzgórze wraz z królewskim parkiem Montjuich i właśnie chyba głównie dlatego nie byłem wcześniej dostatecznie zdeterminowany, aby biegać maraton w Barcelonie bo wydawało mi się, że tutejsza trasa może być bardzo pofalowana i przez to nieprzeciętnie męcząca. Niestety, okazało się, że miałem rację, o czym już wkrótce miałem się na własnej skórze - a właściwie nogach - sam przekonać…

Wracając jednak do maratonu, w którego 39 edycji miałem przyjemność uczestniczyć to muszę powiedzieć, że zrobił na mnie naprawdę bardzo pozytywne wrażenie. Jak zawsze, maratońskie wydarzenie poprzedzały okolicznościowe targi, które tutaj były wyjątkowo okazałe i miały znakomitą oprawę. A co ważne, to biegowe Expo nie znajdowało się gdzieś na obrzeżach miasta, lecz w samym jego centrum przy Placa d’Espanya, nieopodal miejsca startu i mety, więc nie było najmniejszych problemów z dotarciem tamże (metrem).

Expo było naprawdę bogate i świetnie zorganizowane, a pierwsze skrzypce na tych targach grała japońska firma ASICS – główny sportowy sponsor barcelońskiego maratonu. Od pierwszego momentu wyczuwało się atmosferę zbliżającego się święta biegowego. Odbiór bez mała dwudziestu tysięcy pakietów przez uczestniczących w maratonie biegaczy przebiegał nadzwyczaj sprawnie i kolejek nie było prawie wcale. Organizatorzy zastosowali przy tym ciekawy zabieg - o ile bowiem sam pakiet z numerem startowym dostawało się przy wejściu na Expo, o tyle pamiątkową koszulkę „finisher-a” można było odebrać dopiero na samym końcu, po przejściu całego terenu targów. Tym prostym sposobem, frekwencja na imprezie targowej była właściwie zapewniona ! :)  

W dzień maratonu, cały teren Placa d’Espana oraz dojścia pod wspomniane wzgórze Montjuich zostały zamknięte i wpuszczano tam tylko uczestników maratonu, którzy dość sprawnie trafiali do swoich sektorów startowych. Dzięki temu nie odczuwało się specjalnego stłoczenia ponad dwudziestu tysięcy ludzi na niewielkim w sumie obszarze. Na start maratonu organizatorzy zaprosili między innymi zwycięzców obu biegów maratońskich (mężczyzn i kobiet) ze wspomnianych igrzysk olimpijskich z 1992 roku. Przed finałowym odliczaniem zastanawiałem się co też popłynie z głośników tuż przed startem. W Warszawie jest to „Sen o Warszawie” Czesława Niemena, w Nowym Jorku – „New York, New York” Franka Sinatry, w Berlinie były to „Rydwany Ognia”. A co tutaj zagrają ? I oto po chwili z głośników popłynęły nuty – jakżeby inaczej ! - finałowej partii słynnego utworu „Barcelona” zaśpiewanego niegdyś przez wspaniały duet - divy operowej Monserrat Caballe oraz wokalisty grupy Queen - Freddiego Mercury. Po tak przejmującym  wstępie poleciały na biegaczy i kibiców dosłownie tony różnokolorowego konfetti i ruszyliśmy ! Po jej przebiegnięciu, mogę barcelońską trasę określić jako zarazem piękną i trudną – poprzedzoną koniecznie słowem – bardzo -  w jednym, jak i w drugim przypadku.

Piękną - gdyż o jej urodzie stanowiły ładne, szerokie arterie, którymi biegliśmy gdzie w ogóle nie odczuwało się tłumu biegnących nawet na pierwszych kilometrach. Poza tym, trasa maratonu została poprowadzona przez najbardziej atrakcyjne turystycznie i obiektywnie najładniejsze kwartały miasta. Okrążaliśmy bowiem nie tylko wspaniały stadion Camp Nou, gdzie swoje mecze rozgrywa słynna FC Barcelona i przebiegaliśmy tuż obok katedry Sagrada Familia, ale biegliśmy także nad samym morzem przy plaży la Barceloneta, przez nadmorskie tereny byłej wioski olimpijskiej, a potem koło pomnika Krzysztofa Kolumba i w górę miasta słynnym deptakiem La Rambla. Po drodze mijaliśmy architektoniczne arcydzieła Gaudiego, parki oraz mniej znane zabytki. Pamiętam też pióropusze zielonych palm i turkusowo-granatowe morze, co wszystko razem przy wspaniałej pogodzie (było ponad 20 stopni i pełne słońce) robiło na maratończykach wielkie wrażenie.

Trudną - głównie za sprawą nierzadko wielokilometrowych łagodnych podbiegów (oraz późniejszych zbiegów…), które dawały biegaczom popalić nie tyle jakimś  wyjątkowym nachyleniem, ile samą swoją długością. Dopiero jak się człowiek obejrzał do tyłu, to było widać, że przez niejeden długi odcinek trasy biegliśmy ciągle pod górę. Do około 25 kilometra maratonu te podbiegi pokonywałem w miarę bezproblemowo, ale potem z każdym kilometrem stawały się coraz bardziej dokuczliwe, a po 35 km trasy zacząłem te podbiegi już serdecznie przeklinać. Niestety, nie pomagało. :)

Barcelona maraton

Jednak to, co moim zdaniem zdecydowanie wyróżnia maraton w Barcelonie na tle innych tego typu biegów w których brałem udział w Polsce i na świecie to fantastyczna atmosfera biegowego święta oraz tłumy, naprawdę ! – prawdziwe tłumy kibiców i to na całej trasie maratonu ! W najbardziej charakterystycznych miejscach trasy szpalery kibiców po obu stronach ulicy były tak gęste, a hałas tak wielki, że nie słyszałem w słuchawkach muzyki z którą biegłem. Po kilku takich „przebiegach” postanowiłem jednak zdejmować słuchawki w takich miejscach by posłuchać tak miłego dla ucha maratończyka, ogłuszającego dopingu licznych kibiców J  Po drodze, naliczyłem też z kilkadziesiąt zespołów muzycznych zagrzewających uczestników maratonu do walki z własną słabością. Świetnie widoczne oznaczenie każdego, pokonywanego kilometra oraz bardzo sprawnie zorganizowane punkty odżywiania, których wolontariusze wykazywali się sporym doświadczeniem w podawaniu biegnącym kubków z wodą, izotonikami, a także bananów i pokrojonych pomarańczy. Po 30 kilometrach trasy zainstalowano również dwie kurtyny wodne, skutecznie schładzające rozpalone upałem i pokonanymi kilometrami ciała maratończyków.

Z każdą godziną upał był coraz większy i chyba wszyscy biegnący – włącznie ze mną - już rozumieli, dlaczego start maratonu w Barcelonie odbywa się wcześniej (o 8:30) niż gdzie indziej. Po 35 km biegu, zasłabnięć było coraz więcej i służby medyczne maratonu musiały interweniować bardzo często. Nie chciałem nawet myśleć o tym co byłoby, gdyby ten bieg rozgrywano dajmy na to w maju. Gdy wreszcie przebiegłem koło wysokiego pomnika Krzysztofa Kolumba poczułem… zapach mety. Jeszcze tylko słynny bulwar La Rambla, placa Catalunya, potem znowu Placa d’Espanya i znajome wieże targowe zwiastowały koniec maratonu. Na tym odcinku trasy tłumy kibiców były już tak gęste, że dopchanie się do oddzielających barierek było praktycznie niemożliwe. A już na samym placu Hiszpanii doping kibiców oraz płynący z megafonów głos spikera i muzyka były tak ogłuszające, że podrywały do biegu nawet najbardziej dogorywających uczestników maratonu. Za metą, organizacja była również perfekcyjna – żadnego przepychania i kolejek - po medale, wodę, owoce czy izotoniki, a także do odbioru depozytów, z czym na przykład w Polsce bywają problemy nawet na największych maratonach. W Barcelonie wszystko szło bardzo sprawnie, dzięki czemu już niedługo później - setki i tysiące maratończyków mogły moczyć swoje umęczone nogi w okolicznych fontannach na wzgórzu Montjuich.

Barcelona...

Sam maraton, jego perfekcyjna organizacja, wspaniała oprawa oraz fantastyczni kibice, no i wreszcie - przepiękna Barcelona ! - spodobały mi się tak bardzo, że już na mecie postanowiłem, iż za rok wystartuję tutaj znowu w 40-tej, jubileuszowej edycji tego maratonu. I nawet gdy nie będę wówczas w formie, to i tak pobiegnę, aby jeszcze raz przeżyć… ten piękny sen o którym śpiewał przed kilku laty nasz Pectus. A maraton w stolicy dumnej Katalonii polecam każdemu biegaczowi, który chciałby przeżyć coś naprawdę wyjątkowego, co sprawi, że będzie mógł sobie potem w czasie biegania zanucić melodię i słowa tej piosenki: „To był sen, piękny sen w Barcelonie… - bliżej słońca, bliżej gwiazd… :)

                                                                                                                                                                                                                                                                                                         Krzysztof Szwedzik

 

Piękna Barcelona...

Komentarz Komentarze   Dodaj komentarz Dodaj komentarz

stat4u Projekt i wykonanie - SiPRO