Mazury Tour 2013 - 1000 km drogami i duktami Warmii i Mazur
  Mazury Tour 2013 zakończyło się 2013-04-281020 km
SALOMONRegionalna Dyrekcja Lasów PaństwowychRegionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w OlsztynieRegionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w BiałymstokuLasy Państwowe
DOTFILMS.PLSALOMONSklep biegaczaGARMINCOMPRESSPORTGJG GroupVITARGOFORMEDPLUS
Strona główna Wieści z trasy Mazury Tour 2013 Trasa biegu Sylwetka biegnącego Galeria
Mazury Tour 2013

New York City Marathon - czyli bieg życia...

2017-10-16 / wyświetleń - 650

W 1970 roku, każdy ze 127 zawodników zapłacił po jednym dolarze opłaty wpisowej, aby przebiec dystans 42,195 km alejami Central Parku, gdzie można było biegać kiedyś i dzisiaj bez wnoszenia jakichkolwiek opłat. Do mety dotarło wówczas zaledwie 55-ciu biegaczy. Nie przypuszczali zapewne, że dali tym samym początek legendzie najsłynniejszego, masowego biegu na świecie, czyli maratonu nowojorskiego. W przeddzień kolejnej edycji tego najbardziej prestiżowego maratonu świata, przedstawiam poniżej trochę moich uwag i wspomnień na ten temat...

     W ciągu prawie pięciu dekad swojej historii, New York City Marathon  zdystansował pod względem prestiżu oraz frekwencji uczestników wszystkie inne uliczne biegi na całym świecie, w tym obu głównych, amerykańskich rywali – maraton w Chicago, a także najstarszy na świecie, bo rozgrywany od 1897 roku – maraton w Bostonie. Co sprawiło, że z niewielkiej imprezy biegowej o lokalnym znaczeniu, maraton w Nowym Jorku stał się biegiem-legendą oraz wydarzeniem medialnym transmitowanym na żywo do kilkudziesięciu krajów świata i oglądanym na żywo przez – jak szacują organizatorzy - około 350 mln ludzi na całym świecie ?

Wyjątkową atmosferę maratonu czuć już na tydzień przed biegiem i to mimo, że każdego dnia w Nowym Jorku odbywają się przecież dziesiątki, jeśli nie setki imprez sportowych, kulturalnych, więc dotarcie do masowej świadomości jego mieszkańców wcale nie jest łatwe. Ale maraton jest tylko jeden, raz w roku (zawsze w pierwszą niedzielę listopada) i jest już od dawna wizytówką oraz dumą całego miasta.

NYCM autobus

 

Spacerując jego ulicami trudno nie zauważyć wszechobecnych plakatów  – w metrze, na autobusach i taksówkach - zachęcających nowojorczyków do wzięcia aktywnego udziału w tej ogromnej, międzynarodowej imprezie sportowej. Lecz po prawdzie, jakoś specjalnie zachęcać ich do tego nie trzeba, bo mieszkańcy „Wielkiego Jabłka” poza tym, że kochają swój maraton to sami również uwielbiają jogging, a liczba biegaczy przypadających na kilometr kwadratowy jest tu chyba najwyższa na świecie. W Nowym Jorku biega się dosłownie wszędzie i o każdej porze, a specjalne ścieżki dla biegaczy (oraz rowerzystów) wytyczono w najbardziej nawet newralgicznych (pod względem komunikacyjnym) punktach miasta – m.in. na słynnym Brooklyn Bridge, na Broadway’u, na Times Square , a także na ruchliwych bulwarach nad rzeką Hudson. Władze miasta szacują, że w weekendowe wieczory, alejami nowojorskich płuc, czyli w Central Parku truchta średnio około 5 tysięcy biegaczy !

W Central Parku...

Dlaczego Nowy Jork tak ukochał bieganie oraz swój maraton, skoro nie brakuje tu przecież spektakularnych imprez sportowych, żeby wspomnieć tylko wielki turniej tenisowy US Open, czy niezwykle popularne rozgrywki koszykarskie (słynna drużyna New York Nicks) lub baseball’owe ? Chyba dlatego, że jak podkreśla Mary Wittenberg – szefowa teamu organizacyjnego zawodów, maraton nowojorski jak mało co, oddaje ducha i charakter tego miasta, polegających m.in. na zdolności ciągłego przezwyciężania trudności (prawie jak w maratonie) oraz umiejętności szybkiego dochodzenia do siebie nawet po najcięższych ciosach. Nie inaczej jest też z różnorodnością wielotysięcznego tłumu maratończyków pochodzących z ponad 100 krajów świata, reprezentujących różne kultury, religie, obyczaje, rasy, języki – podobnie jak wielokulturowe, wielojęzyczne i wielorasowe jest społeczeństwo Nowego Jorku. To niewątpliwie jeden z powodów, który sprawia, że w dzień maratonu, na ulicach miasta dopinguje biegaczy za każdym razem około 2 mln nowojorczyków.

Central Park 2...

Jak pisze w swojej książce „Race like no other” Susan Robinson, dla wielu z nich, maratońska niedziela listopada to prawdziwe święto na które czekają cały rok. Wśród nich jest także Carmine Santoli ponad 80-letni kibic, który od ponad 35 lat pracuje rokrocznie jako wolontariusz i szef punktu pomocy dla biegaczy na 6 mili maratonu. Jest też wśród nich Stanley Rygor – kolejny entuzjasta maratonu przygrywający na akordeonie biegaczom. Niezmiennie od ponad 30 lat, zawsze w tym samym miejscu u zbiegu 44 i 10 alei. Jeszcze dłużej, bo w sumie już od ponad 35 lat, kibicuje maratończykom emerytowany oficer nowojorskiej policji John Codiglia. Od zawsze w tym samym miejscu - na rogu 7 alei oraz Central Park South z megafonem w ręku zagrzewa biegaczy do walki na ostatnich kilkuset metrach wyczerpującej trasy i robi to tak skutecznie, że nie jeden z nieludzko już wyczerpanych maratończyków podrywa się jeszcze do szybkiego finiszu. Bez takich entuzjastów, jak wspomniana trójka mieszkańców „Wielkiego Jabłka” oraz tysięcy im podobnych wolontariuszy maraton nowojorski nigdy nie stałby się tym czym jest dzisiaj, czyli biegiem, o którym krążą legendy oraz piszą książki.

Verrazano bridge

Zanim jednak wylosowani szczęśliwcy znajdą się w miejscu startu, ulokowanym na terenie byłych koszar armii amerykańskiej na wyspie Staten Island muszą pokonać długą drogę, w trakcie której ich determinacja do wzięcia udziału w tej niewątpliwej przygodzie ich życia, zostanie poddana nie jednej próbie. Po pierwsze muszą być cierpliwi, gdyż jeżeli nie należą do międzynarodowej elity biegaczy (co potwierdza ich rekord życiowy – PB) i nie są wystarczająco majętni, by sobie miejsce na liście startowej po prostu kupić (za skromne kilka tysięcy dolarów przeznaczone na cele charytatywne), jedynym sposobem znalezienia się w wielonarodowym, kolorowym tłumie podekscytowanych uczestników biegu na terenie Fortu Wadsworth jest losowanie. Tylko nielicznym szczęście sprzyja już za pierwszym razem. Zdecydowana większość musi próbować ponownie, wiedząc jednak, że jeżeli „przepadną” w losowaniu po raz drugi i trzeci, to za czwartym razem mają start zagwarantowany. Lecz przebrnięcie przez etap losowania to dopiero początek długiej drogi do wspomnianego Fort Wadsworth. Teraz trzeba dopełnić wszelkich formalności, poczynając od wniesienia wysokiej opłaty startowej (ok. 300 dolarów), przez załatwienie dogodnego terminu przelotu do Nowego Jorku, zakwaterowanie tamże, co w terminie maratonu jest wyjątkowo trudne (czyt. bardzo drogie), do last but not least – otrzymania amerykańskiej wizy, co dotyczy obywateli jeszcze wielu krajów świata, w tym wciąż także Polski. Nikt też oczywiście nie chce przekraczać linii mety biegu jako jeden z ostatnich jego uczestników, toteż zdobycie upragnionego prawa udziału w maratonie nowojorskim oznacza dla każdego aplikanta (niezależnie od jego wieku), tygodnie i miesiące wytężonego wysiłku fizycznego oraz setki przebiegniętych kilometrów. Potem, będąc już na miejscu trzeba jeszcze odebrać w terminie swój pakiet startowy, a następnie już tylko nie… zaspać i dostać się na start, co niestety należy do najtrudniejszych przedsięwzięć logistycznych we współczesnym, sportowym świecie. Głównym tego powodem jest spore oddalenie miejsca startu oraz poważne kłopoty komunikacyjne (zamknięte dla ruchu mosty oraz główne ulice miasta, etc.) o dość nietypowej dla przeciętnego człowieka porze, czyli 4-5 rano, w ciemny i zimny zazwyczaj, poranek pierwszej niedzieli listopada w Nowym Jorku. W efekcie, samo dotarcie na miejsce startu potrafi zabrać nawet 3 godziny !

Przez Brooklyn...

Gdy niewyspany i głodny, ale wciąż dumny uczestnik słynnego maratonu już znajdzie się w Fort Wadsworth (po przejściu wnikliwej kontroli na wejściu z powodów bezpieczeństwa), musi bardzo uważać, aby trafić do jednego z trzech obozowisk startowych (wyodrębnionych innym kolorem), a następnie – znowu do właściwego sektora startowego, co jest absolutnie koniecznie, żeby pomieścić na terenie fortu około 50 tysięcy ludzi, wliczając w to samych uczestników oraz organizatorów, którzy muszą nad tym wszystkim jakoś zapanować. Kiedy w końcu mocno już zestresowany tym wszystkim uczestnik biegu, odda swój worek z osobistymi rzeczami do jednej z ponad 200 ciężarówek transportujących je później na metę i trafi wreszcie do swojego sektora, maratońskie misterium wkroczy w fazę apogeum wraz z oficjalnym (na żywo) powitaniem przez burmistrza Nowego Jorku i płynącymi z głośników dźwiękami przeboju Franka Sinatry – New York, New York. Wówczas to, nie jednemu z uczestników łza się w oku zakręci, a wzruszenie ściśnie w gardle. Teraz pozostaje już tylko przebiec 42,195 km mostami i ulicami pięciu wielkich dzielnic tego miasta, by przekroczyć słynną finish line w Central Parku. Tylko tyle i aż tyle, bo to przecież nie jest zwykły maraton. To absolutny numer jeden na liście marzeń wszystkich biegaczy na całym świecie. Udział w maratonie nowojorskim, to dla nich jak odbycie pielgrzymki do miejsca kultu.  To maraton życia, a jakże często też, poza zwykłą chęcią sprawdzenia samego siebie, także maraton-odkupienia (za wcześniejsze grzechy), albo maraton-dziękczynienia (np. za wygranie walki z rakiem lub pokonanie nałogu), albo też mocno wyczerpujący dowód miłości lub przyjaźni dla kogoś bliskiego.

Bohaterowie Nowego Jorku...

Co ciekawe, w tym masowym uwielbieniu biegaczy dla maratonu nowojorskiego może dziwić fakt, że od strony czysto sportowej, praktycznie wszystko przemawia przeciwko udziałowi w tym biegu. Bardzo trudna trasa, z pięcioma mostami (o łącznej długości prawie 6 km), z licznymi podbiegami oraz „ukrytymi” wzniesieniami, gdzie dopiero po jakimś czasie uczestnik biegu się orientuje, że cały czas… ma pod górkę. Nierzadko silny wiatr (od oceanu) i dokuczliwe zimno na starcie. To sprawia, że rekordów świata w maratonie w Nowym Jorku się nie notuje (od tego jest Berlin i Londyn), a biegacze zainteresowani pobiciem własnego rekordu życiowego w maratonie, powinni również wybrać się raczej gdzie indziej. Ale nic z tych rzeczy, z każdym rokiem rośnie liczba nadsyłanych zgłoszeń biegaczy z całego świata (w ostatnich latach ponad 120 tysięcy rocznie !), marzących jedynie o przekroczeniu linii mety w Central Parku i to bez względu na uzyskany czas. Dla zdecydowanej większości z około 1,3 mln biegaczy z całego świata (w tym około 1,3 tys.  Polaków), którzy ukończyli maraton nowojorski powyższe argumenty nie miały jednak większego znaczenia, bowiem dla nich ten bieg był przeżyciem nieporównywalnym z żadnym innym. Poczynając od fantastycznych widoków miasta (na przykład z pierwszego na trasie, mostu Verrazano), przez entuzjastyczny doping 2 mln kibiców na trasie i 130 przygrywających zespołów muzycznych do wspaniałej, medialnej oprawy biegu, której jednym z ważniejszych elementów jest obowiązkowa obecność na mecie w Central Parku oraz na starcie, samego burmistrza Nowego Jorku.

Pomnik Freda Lebow'a - twórcy maratonu nowojorskiego

Choć z powodu maratonu zamykany jest ruch na głównych ulicach Manhattanu, a także pięciu głównych mostach (z wielu ulic muszą też w przeddzień zniknąć zaparkowane tam samochody), co oznacza, że sparaliżowane jest praktycznie całe miasto, jakoś jego mieszkańcom to nie przeszkadza. Bo maraton nowojorski już od dawna nie jest zwykłą imprezą dla biegaczy. To również wielkie wydarzenie w życiu ogromnego miasta, spajające tego dnia w jedną całość jego pięć, dość mocno zróżnicowanych dzielnic. Maraton nowojorski to również wielki biznes. Ponad czterdzieści lat umiejętnie rozbudzanej oraz świetnie wykorzystanej (czyt. skomercjalizowanej) mody na bieganie wystarczyło, by maraton w Nowym Jorku stał się przedsięwzięciem, którego roczny budżet wzrósł z zaledwie 1 tysiąca USD w 1970 roku do blisko 23 mln dolarów w 2009 roku. W ciągu roku, przy jego organizacji pracuje na stałe ponad 100 osób, zaś w dniu samego biegu liczba wolontariuszy przekracza 6-7 tysięcy osób. Główne koszty maratonu ponosi rzesza kilkudziesięciu większych i mniejszych, ale zawsze dumnych sponsorów maratonu (m.in. TATA Consulting, New Balance). Aktywny udział w tym gigantycznym przedsięwzięciu bierze też udział oprócz samego urzędu burmistrza Nowego Jorku, kilkanaście instytucji oraz agend samorządowych. Dzięki sprzedaży praw do transmisji, maraton jest wszechobecny we wszystkich mediach (w 2010 roku wydano, aż 1500 akredytacji dziennikarskich), w tym m.in. w kilku amerykańskich kanałach telewizyjnych na żywo (a godzinny przekaz tzw. highlights został pokazany w prawie 125 krajach świata !), pięciu stacjach radiowych, w prasie (główna gazeta maratonu to największy w USA dziennik New York Times) oraz w internecie, gdzie główna strona maratonu odnotowuje w dniu biegu, aż 3,5 mln wizyt. Jeśli dodać do tego, wydatki związane z pobytem tak ogromnej rzeszy samych maratończyków oraz około 50-60 tys. osób im towarzyszących (na zakwaterowanie, wyżywienie, komunikację, zakupy, itd.), to nic dziwnego, że tak przedsiębiorcze miasto jak Nowy Jork bardzo się z tego cieszy, zaś dla jego samorządu „maratońska” - pierwsza niedziela listopada jest prawdziwą żyłą złota, która rokrocznie, przynosi miastu około 250 mln dolarów dodatkowych dochodów. Nie licząc extra korzyści płynących z ogromnej promocji miasta w świecie, jak też liczonych w milionach dolarów „maratońskich” wpływów wielu organizacji charytatywnych, a także licznych sponsorów i partnerów maratonu z tytułu sprzedaży pamiątek i gadżetów, w tym licencjonowanego (z oficjalnym logo) sprzętu sportowego, odzieży, butów, elektroniki, napojów, odżywek, etc.

Za metą w Central Parku...

Niepowtarzalny klimat nowojorskiego maratonu ma jeszcze to do siebie, że nie kończy się wraz z jego ukończeniem przez dziesiątki tysięcy bardzo wyczerpanych, lecz nadzwyczaj szczęśliwych biegaczy. W poniedziałek po biegu, mogą oni bowiem znaleźć swoje nazwiska oraz uzyskane wyniki wydrukowane w specjalnym wydaniu wspomnianego New York Times’a. Natomiast szczere gratulacje i wyrazy autentycznego podziwu ze strony zwykłych mieszkańców miasta dopełniają czaru słodyczy, w której z lubością pławią się dumni maratończycy paradując z medalami na piersiach po ulicach miasta, gdzie dzień wcześniej zostawili… krew (nierzadko), pot i łzy. Dlatego niemal każdy z nich chce tu wrócić i choć raz jeszcze poczuć atmosferę tego biegu oraz miasta, którego jednym z oficjalnych sloganów reklamowych stało się powiedzenie: New York City – Where The World Comes To Run.

To był też mój bieg życia...

 

Komentarz Komentarze   Dodaj komentarz Dodaj komentarz
  • Kris (2017-11-01 23:52:36)
    bardzo dobrze oddający atmosferę tego biegu tekst,szacuneczek i pozdrawiania dla autora, do niedzieli już tylko 3dni i 15 godzin:) trzymajcie kciuki
  • Krzysztof (2017-11-03 10:07:53)
    Kto wie może i nasze inicjały wydrukują kiedyś w NYT

  • stat4u Projekt i wykonanie - SiPRO